Pomimo cały czas pocieszających mnie przyjaciół, nie byłam w stanie skupić się na nauce. Myślami wciąż byłam z tatą. Martwiłam się o niego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedziałam, że nie poradziłby sobie ze stratą Harriet, tak samo jak ja. Nie zniosłabym utraty kolejnej osoby z mojego powodu. Ledwo dźwigałam ciężar spowodowania śmierci własnej matki.
Gdy po męczącym dniu w szkole wróciłam do domu, od razu sprawdziłam czy tata nadal śpi w łóżku. Uspokoiłam się widząc go pogrążonego w głębokim śnie. Poszłam więc do kuchni przygotować obiad. Chwilę później zjawiła się Maddie.
– Harriet się odzywała? – zapytała troskliwie.
Spojrzałam na nią i kiwnęłam przecząco głową.
– Chciałabym ci jakoś pomóc. Powiedzieć chociaż coś pocieszającego, ale sama myśl o łucznikach, a co dopiero o myśliwych mnie przeraża. – wzdrygnęła się.
Zaśmiałam się na jej słowa. Madeline nie należała do odważnych osób. Jednakże jej paniczny strach dodawał jej tylko uroku. Była niczym małe zagubione dziecko. Zawsze potrafiła mnie rozśmieszyć. Nawet gdy cała drżała ze strachu.
– Zastanawiałaś się co zrobisz, gdy jedyną opcją będzie zabicie twojej siostry?
W oka mgnieniu uśmiech z mej twarzy zniknął, a w zamian pojawił się szok.
– Przepraszam. – zawstydziła się. – Nie powinnam była tego mówić. – spuściła wzrok na dół.
– Nie pozwoliłabym na to. – odpowiedziałam po dłuższym zastanowieniu.
– Wiesz, że nie wszystkich da się uratować.
Westchnęłam głęboko.
– Nie odpuszczam ludzi, których kocham.
– Nawet, gdy walka jest bezsensowna?
– Zazwyczaj prowadzę same takie.
Dostrzegłam w jej oczach podziw, na który nie zasługiwałam.
– Więc i teraz wygramy. – powiedziawszy to szeroko się uśmiechnęła i wyszła.
***
Gdy zrobiłam spaghetti, do kuchni wszedł zaspany tata.
– Dobrze, że wstałeś. Zrobiłam nam obiad. – zaczęłam nakładać porcje na talerze.
– Musimy jechać po Harriet.
– Najpierw musisz coś zjeść tato. – podałam mu ciepły posiłek.
Wiedział, że nie ulegnę, więc usiadł przy stole i zaczął jeść. W jego zamglonych oczach widziałam paniczny strach przed utratą córki. Był w stanie zrobić wszystko, aby tylko nie dopuścić do jej treningów. Czułam jego ogromną determinację.
Piętnaście minut później po skończonym posiłku, pojechaliśmy do Sylvii Minth. Całą drogę przebyliśmy w niezręcznej ciszy. Próbowałam ją wielokrotnie przerwać, lecz za każdym razem, gdy tylko otwierałam usta, brakowało mi słów.
– Ja porozmawiam z Sylvią, a ty poszukaj Harriet. – powiedział po dotarciu na miejsce.
Wysiedliśmy z auta i ruszyliśmy zdecydowanym krokiem w stronę drzwi frontowych. Nie wiedząc czego się spodziewać delikatnie w nie zapukałam. Po krótkiej chwili otworzyła nam pani Minth.
– Zapraszam do środka. – powiedziała z szerokim uśmiechem na twarzy.
Weszliśmy niepewnym krokiem i podążyliśmy za nią do salonu, w którym czekała na nas Harriet.
– Harriet, kochanie. – uściskał ją uradowany tata.
– Wiem po co przybyliście Blaze i myślę, że powinniśmy o tym porozmawiać. Proszę, usiądźcie. – zadowolona kobieta wskazała na białą kanapę i dwa fotele.
Spojrzałam na tatę, który kiwnął głową, abym spełniła prośbę gospodyni.
– Jak wiecie, aktualnie jestem jedynym myśliwym i to ja o wszystkim decyduję. Jednak skoro ukazali się nam nowi rekruci, moim obowiązkiem jest należycie ich przygotować do odpowiedniego sprawowania tej władzy. Cała trójka przyszła do mnie z własnej woli, więc zamierzam przekazać im wiedzę, którą posiadam i uważam, ze nierozsądnym byłoby sprzeciwianie się nieuniknionemu. – powiedziała opanowana.
– Nie zrobisz z mojej córki masowego mordercy. Nie zniszczysz jej tak jak zniszczono ciebie. – odparł zdenerwowany tata.
– Tato, ta decyzja należy do mnie i ja już ją podjęłam. Mam zamiar zająć miejsce mamy. – wstała wzburzona Harriet.
Przez cały czas dokładnie obserwowałam zachowanie Sylvii, która była pewna swojej wygranej. Jej nienaturalny spokój wzbudzał we mnie podejrzenia. Dostrzegłam jak bardzo moja siostra była podatna na każde jej słowo.
– Harriet, nie rozumiesz co to oznacza być myśliwym.
– Przekonam się. – powiedziała uparcie.
– Córciu, nie chce cię stracić. – wyszeptał zrozpaczony.
Wtedy po jego policzkach zaczęły powoli spływać łzy. Mimo to, Harriet wciąż twardo pozostawała przy swej decyzji. Zdenerwowana jej postawą zacisnęłam pięści.
– Uważam, że Harriet powinna mieszkać z wami. – wycedziła niewzruszona całą sytuacją Sylvia.
– Co?! Nie będę z nią mieszkała pod jednym dachem. – wskazała na mnie palcem.
– Rozumiem, że nadal musi się uczyć, więc będę ją trenowała w wolnym czasie.
Widziałam jak lekceważąco podchodzi do sprawy. Treningi na najlepszego mordercę traktowała jak niewinną zabawę. Tymczasem ja wraz z tatą próbowaliśmy uratować nie splamioną krwią innych duszę małej Harriet. Jednakże była ona nazbyt oczarowana siłą myśliwych, aby oprzeć się skosztowania jej.
– Dobrze. Niech tak będzie. – odparł tata.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Nie byłam pewna czy rzeczywiście wypowiedział te skazańcze słowa. Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego zgodził się na ten układ. Chciałam protestować, lecz nie mogłam wydusić z siebie żadnego dźwięku. Siedziałam więc z zamkniętymi ustami wpatrzona w Harriet, która starała się zrobić wszystko, aby tylko nie wrócić do domu. Wtedy wystarczyło tylko jedno krótkie spojrzenie pani Minth, aby od razu się uspokoiła.
– Cynthia, poczekaj na nas w aucie. – powiedział tata stanowczym głosem.
Nie zwlekając więc ani chwili dłużej, wyszłam z domu pewnym krokiem i stanęłam wściekła przed samochodem. Gniew ogarniał mnie całą. Z każdą kolejną sekundą traciłam nad sobą panowanie.
Kilka minut później z budynku wyszli tata i Harriet.
– Jak mogłeś się na to zgodzić?! Jak mogłeś pozwolić na to, żeby twoja córka została myśliwym?! – wrzasnęłam.
– Cynthia, uspokój się. – zaczął do mnie powoli się zbliżać.
Z każdym jego krokiem wprzód, ja dawałam jeden w tył. Szybko uświadomiłam sobie, że podobny gniew czułam podczas mojej pierwszej pełni. Był on na tyle silny, że zaczęłam się przemieniać.
– Posłałeś ją na pewną śmierć. – powiedziawszy to uciekłam w przeciwnym kierunku.
Biegłam najszybciej jak tylko mogłam w stronę rodzinnego domu Maddie. Starałam się zapanować nad niechcianą przemianą, lecz było już za późno. Wyraźnie odczuwałam jak każda moja kość przybiera nowy kształt. Karmiłam się złudną nadzieją, że zdążę dobiec do celu przed zmianą w wilkołaka. Niestety już w połowie drogi nie wytrzymałam i poddałam się złości, która uczyniła mnie potężnym, kilkumetrowym potworem. Zawyłam donośnym głosem z żalu do ojca. Chwilę później usłyszałam odzew Maddie. Nie zważając na nią biegłam dalej przed siebie.
W przeciągu kilku minut znalazłam się w jej domu. Niszczyłam go i zarazem raniłam swe ciało przemieszczając się w środku.
– Cynthia! – krzyknęła.
Zdyszana Madeline wbiegła do salonu, po czym zatrzymała się tuż przede mną.
– Wróć do postaci człowieka i powiedz co się stało.
Spojrzałam głęboko w jej oczy i rozwścieczona zawarczałam. Wzrastający w niej strach wzbudzał we mnie głód, który musiałam natychmiast zaspokoić. Chciałam poczuć jej ból, usłyszeć rozpaczliwy płacz, widzieć krwawiące ciało.
– Dlaczego się nie zmieniasz? – zaczęła się powoli odsuwać.
Patrzyłam na nią jak na zwykłe pożywienie. Czekałam aż dostrzeże we mnie zagrożenie i zacznie uciekać, abym mogła ruszyć za nią w pogoń i na końcu rozszarpać przynosząc tym sobie ukojenie.
Wtedy nagle do domu wbiegł Dylan wraz z Malią. Na mój widok stanęli zdezorientowani obok Maddie.
– Zrobiła ci coś? – zapytała Malia.
– Nie. Dlaczego pytasz?
– Jej oczy w połowie zaszły czernią.
Po tych słowach cały mój gniew przeszedł i powróciłam do postaci człowieka. Zwinęłam się w kłębek, a tymczasem Malia zdjęła swą bluzę i okryła mnie nią.
– Tata zgodził się na jej treningi. – wycedziłam ze łzami w oczach.
– Pewnie ma jakiś plan. Powinnaś wrócić do domu.
– Wolałabym zostać tu jeszcze chwilę. Nie panuję nad sobą w pełni. I byłabym wdzięczna, gdybyście przyniosły mi jakieś ubrania.
– Oczywiście. – powiedziawszy to wyszła razem z Maddie.
Wtedy podszedł do mnie zatroskany Dylan, usiadł naprzeciwko, delikatnie uniósł mą twarz do góry i spojrzał głęboko w me oczy. Niewiele myśląc, zatopił swe usta w moich. Pieścił je czule jak najdroższy skarb. W ciągu tej jednej chwili, zapomniałam o wszystkich wydarzeniach dzisiejszego dnia. Napawałam się słodkim smakiem jego warg. Zaczęłam jednak pragnąć więcej. Aksamitne pocałunki zamieniły się w namiętne i pełne pożądania. Gdy chciałam zdjąć z siebie bluzę, Dylan zatrzymał mnie i odsunął swe usta.
– Nie tutaj, Cynthia. – złożył słodki pocałunek na mym czole.
Spojrzałam na niego zawiedziona i westchnęłam.
– Jak Malia przywiezie ci ubrania, to odwiozę cię do domu.
– A skąd wiesz ...
– Widzę to. – przerwał mi. – W pełni nad wszystkim już panujesz. Chciałaś, aby ten szaleńczy gniew cię poniósł, dał ci poczucie władzy, ponieważ tracisz siostrę.
Miał rację. Okłamywałam samą siebie tylko po to, żeby zaspokoić swoje egoistyczne pobudki. Mogłam przez to zabić Maddie. Powinnam była zaufać ojcu.
Poczucie winy z każdą sekundą było coraz większe. Dusiłam je w sobie, chociaż dokładnie wiedziałam, że pewnego dnia wybuchnie i nikt nie będzie mógł go już okiełznać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz