czwartek, 18 lutego 2016

5.Powrót do rzeczywistości.

Następnego ranka otworzywszy oczy, ujrzałam promienie światła przedzierające się przez okno do pokoju. Z uśmiechem na twarzy powoli obróciłam się na prawy bok. Spojrzałam radosna przed siebie na wciąż śpiącego Dylana. Delikatnie musnęłam dłonią jego ciepły policzek. Niecodzienny widok spokojnego snu ukochanego wywołał u mnie łzy wzruszenia. Przepełniało mnie szczęście, którego od dawna nie odczuwałam. 
   – Widzę, że poranny ptaszek z ciebie. – wyszeptał ochrypłym głosem.
   – Wybacz. Nie miałam zamiaru cię budzić. Przynajmniej przez następne kilka minut.  – zaśmiałam się. 
Łagodnie otworzył swe zamglone oczy, po czym je przetarł. 
   – Jak się czujesz? – zapytał troskliwie.
Patrzyłam na niego starając się poskładać w głowie jakieś sensowne zdanie. Byłam wypełniona wszelkimi emocjami, a setki moich myśli chciało wypłynąć na wierzch. 
   – Lepiej niż przypuszczałam. – odpowiedziałam po krótkiej chwili. 
  – To dobrze. – posłał mi jeden ze swoich czułych uśmiechów. – Pewnie jesteś strasznie głodna. Pójdę nam zrobić jakieś pyszne śniadanie. – powiedziawszy to, złożył namiętny pocałunek na mych ustach, po czym wstał i założył czystą bieliznę. 
Ujrzawszy jego plecy oniemiałam. Były całe wypełnione siniakami i zadrapaniami. Dostrzegłam nawet kilka ran, z których nadal delikatnie sączyła się krew. Do oczu natychmiast napłynęły mi łzy. Nie chciałam wierzyć, że tak bardzo skrzywdziłam własnego chłopaka. Człowieka, za którego byłam gotowa oddać życie. 
   – Aż tak źle wyglądają? – spojrzał na mnie śmiejąc się. 
Próbowałam wypowiedzieć "przepraszam", lecz żaden dźwięk nie chciał się wydostać z mego gardła. 
   – Cynth, nie przejmuj się tym aż tak. – nachylił się do mnie i otarł me policzki z łez. – Są to jedyne rany, z których jestem szczerze dumny. Dzięki nim wiem, że byłaś ze mną szczęśliwa tej nocy. A to liczy się dla mnie najbardziej. Słodki uśmiech na twej pięknej buźce. A teraz już się nie smuć. Ubierz się i zejdź na wyborne śniadanie mistrza kuchni. – zażartował. 
Pomimo iż wiedziałam, że cierpiał, nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu. Złapałam więc jego dłoń i odebrałam wszelki ból jaki tkwił w jego ciele. 
   – Siniaki i blizny niestety zostaną. 
  – Tym lepiej dla mnie. Teraz będę mógł opowiadać historię, które uczynią mnie jeszcze bardziej męskim. 
Parskając śmiechem, przewróciłam oczami. 
   – Będę czekał na ciebie na dole. – powiedziawszy to założył koszulkę i wyszedł z pokoju.
Leżąc okryta na łóżku kołdrą, jeszcze raz wspomniałam ubiegłą noc. Cieszyłam się, że mam już to za sobą. Swój pierwszy raz. Wiedziałam, że to tylko umocni związek mój i Dylana.
Po kilku minutach poszłam do łazienki się odświeżyć i ubrać. Wykonanie wszystkich czynności zajęło mi niespełna trzydzieści minut. Po tym czasie zeszłam do kuchni, skąd ulatniał się przyjemnie kuszący zapach naleśników i kakaa. Na stole leżały już talerze wraz ze sztućcami i szklankami. Nie zwlekając ani chwili dłużej, usiadłam na krześle i z radością oczekiwałam na jedzenie.
Po krótkiej chwili Dylan nałożył mi na talerz dwa naleśniki, a do szklanki nalał soku pomarańczowego.  Głodna nie mówiąc nic więcej zaczęłam szybko spożywać gorące śniadanie.

***
Skończywszy cały swój posiłek, najedzona odetchnęłam z ulgą. 
   – Wiedziałem, że jesteś głodna, ale nie sądziłem, że aż tak bardzo.
   – Ta, ja również. – powiedziałam zawstydzona. 
Mimo pozytywnie rozpoczętego dnia, wiedziałam, że w końcu będę musiała wrócić do domu i zmierzyć się z brutalną rzeczywistością. 
   – Zamierzasz chociaż porozmawiać z Harriet? 
   – Nie wiem. 
  – Nawet jeśli cię zraniła, to wciąż twoja siostra. A teraz potrzebuje cię bardziej niż kogokolwiek innego.
  – Nie mam zamiaru jej wspierać w tym co robi, jeśli to masz na myśli. Nie będę także tego akceptowała.
Westchnął nic więcej nie mówiąc.
   – Chyba powinnam już wracać do domu. – wycedziłam zasmucona.
   – Okej, odwiozę cię.
Szybkim krokiem odeszłam od stołu i powędrowałam do samochodu. Chwilę później dołączył do mnie Dylan. Obydwoje wsiedliśmy do środka i w idealnej ciszy ruszyliśmy.

***
   – Powodzenia. – powiedziawszy to pocałował mnie na pożegnanie.
Posłałam mu ostatni uśmiech i wysiadłam. Powolnym krokiem zmierzałam w stronę drzwi frontowych. Stanęłam przed nimi i usłyszałam jak Dylan właśnie odjechał. Wzięłam głęboki oddech i wyciągnęłam przed siebie rękę. Nie mogłam się zmusić do przekręcenia metalowej klamki. Cofnęłam więc ją z powrotem i spuściłam głowę na dół. W tym momencie drzwi się otworzyły. Szybko spojrzałam do środka i ujrzałam stojącą w progu Harriet z czarną sportową torbą przewieszoną na ramieniu. 
  – Wróciłaś. Super. – powiedziała sarkastycznie, po czym wymijając mnie poszła do mojego samochodu.
Po chwili jej miejsce zajął tata. 
   – Cieszę się, że już wróciłaś kochanie. – przytulił mnie zadowolony. 
   – Ta, ja również. – bąknęłam pod nosem. 
   – Nie spodoba ci się to co zaraz powiem. – westchnął zmartwiony. 
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Byłam pewna, że miało to związek z moją siostrą. 
   – Chcę, żebyś pojechała razem z Harriet na trening i pilnowała jej. 
Zaskoczona, zastygłam w miejscu. Byłam oszołomiona prośbą ojca. Doskonale wiedział, że jestem temu przeciwna. 
   – Nie puszczę jej tam samej. – wręczył mi do ręki kluczyki. 
  – Nie ma mowy. Nie będę spokojnie obserwowała jak twoja ukochana córeczka robi z siebie mordercę i to w dodatku za twoją zgodą. – odpowiedziałam wściekła.
  – Cynthia, nie miałem innego wyboru. Musiałem się na to zgodzić, inaczej już nigdy nie odzyskalibyśmy Harriet. – spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. 
Prychnęłam zirytowana i odeszłam do auta. Obydwie wsiadłyśmy do środka, a na twarzy mojej siostry pojawił się szeroki uśmiech satysfakcji i podniecenia. Jej oczy błyszczały z zachwytu niczym dwa diamenty. Tymczasem ja starałam się zapanować nad rozchwianymi emocjami. 


piątek, 12 lutego 2016

4.Noc rozkoszy.

Około godzinę później jechałam w samochodzie ubrana w dżinsowe spodnie, czarne trampki oraz koszulkę wraz z Dylanem. Patrząc przez szybę na drogę, miałam nadzieję, że mój ukochany odwlecze powrót do domu, jednakże tak się nie stało. Co kilka minut spoglądałam zawiedziona na swe odbicie w bocznym lusterku. Widziałam w nim samolubną egoistkę nie potrafiącą zadbać o bezpieczeństwo najbliższych. Nie byłam już dłużej tą samą nudną nastolatką co kiedyś. Pomimo iż bycie wilkołakiem miało mnóstwo zalet i nie mogłabym już żyć bez nadnaturalnego świata, były chwile, w których chciałam powrócić do mojej dawnej, żmudnej i całkowicie normalnej egzystencji.
   – Zgaduję, że nawet jak cię odwiozę pod sam dom, to i tak zaraz gdzieś stamtąd uciekniesz, więc może przenocujesz dzisiaj u mnie? 
    – Myślę, że to dobry pomysł. – posłałam mu ciepły uśmiech.
Odwzajemniając go skręcił w stronę swojego domu. Odetchnęłam z ulgą. Jeszcze przez tą jedną noc mogłam uciec myślami od myśliwych. Odprężyć się przy mojej bratniej duszy. 

***
Zaledwie dwadzieścia minut później znaleźliśmy się na miejscu. Zmęczeni wysiedliśmy z auta i skierowaliśmy się w stronę jednopiętrowego budynku. Jego kremowe barwy nadawały mu spokojny i przyjemny ton. Stanęliśmy przed dużymi, białymi drzwiami wejściowymi. Zwinnym ruchem Dylan włożył klucz do zamka i go przekręcił. Następnie otworzył majestatyczne wrota na oścież i wystawiając rękę, zaprosił mnie do środka. Nie marnując czasu, szybko przekroczyłam próg domu. Po prawej stronie znajdował się duży, elegancko wyposażony salon. Po lewej krótki korytarz z drzwiami na końcu.
   – Czy twoi rodzice są w domu?
   – Nie. Mama wraca dopiero za tydzień, a tata ma dzisiaj nocną zmianę.
   – Często ich nie ma? – zapytałam troskliwie.
  – Tak, ale przyzwyczaiłem się już do tego. Tak to jest, gdy policjant żeni się z żołnierzem.  – zaśmiał się.
W jego lśniących oczach dostrzegłam podziw oraz dumę.
   – Jesteś głodna? Mogę przyrządzić nam coś pysznego.
   – Nie, ale z chęcią bym się umyła.
   – Okej.Więc chodźmy. – powiedziawszy to poszedł w lewą stronę.
Nie mówiąc nic więcej, ruszyłam tuż za nim. Wchodząc do pomieszczenia od razu w oczy rzuciło mi się duże, dwuosobowe łóżko na środku pokoju przy szarej ścianie. Pokój był urządzony typowo chłopięco. Wszędzie były porozrzucane ubrania i książki. Na ścianach wisiało sporo plakatów z ulubionych filmów Dylana.
   – Wybacz ten bałagan, ale nie spodziewałem się żadnych gości. – powiedział zawstydzony.
   – Nic nie szkodzi. – uśmiechnęłam się.
Patrząc na mnie, podrapał się po głowie, a następnie szybko sprzątnął pokój.
   – Zgaduję, że chciałabyś jakieś ciuchy do spania. Możesz sobie coś wybrać z mojej szafy. – wskazał na wielkie, drewniane drzwi.
Podeszłam więc zaciekawiona i je rozsunęłam. Wybrałam pierwszą z brzegu zwykłą, szarą koszulkę i odwróciłam się twarzą do Dylana.
   – Ta może być.
   – To tam masz łazienkę. – wskazał na otwarte na oścież drzwi obok szafy. – Ja pójdę się odświeżyć do drugiej. – powiedziawszy to zabrał kilka ubrań i wyszedł.
Ziewając skierowałam się w przeciwną stronę i weszłam do następnego, o połowę mniejszego pomieszczenia wyłożonego dużymi, perłowymi kafelkami i ciemno-brązową podłogą. Na drugim końcu stała śnieżnobiała wanna. Zadowolona zdjęłam z siebie ubrania i położyłam wszystko na etażerce obok. Następnie odkręciłam trochę ciepłej i zimnej wody, po czym zatkałam korkiem odpływ.
Gdy po krótkiej chwili wanna była pełna do połowy, weszłam do niej i położyłam się z zamkniętymi oczami. Po kilkuminutowym relaksie, sięgnęłam po płyn do kąpieli stojący tuż obok mej głowy i dokładnie umyłam nim całe swoje brudne i skonane ciało. Me nozdrza od razu uderzył przyjemny zapach tropikalnych owoców. Przez tą jedną, krótką chwilę poczułam się szczęśliwa. Nie sądziłam, że taka błahostka jak zwykła kąpiel wprawi mnie w tak dobry nastrój.

***
Mrożący chłód owinął me nagie ciało, gdy po piętnastu minutach wyszłam z wanny. Owinęłam się więc ciepłym, szarym, bawełnianym ręcznikiem wiszącym tuż nad etażerką. Następnie wyjęłam korek z odpływu i odłożyłam go z powrotem na swoje miejsce. Nie zwlekając dłużej dokładnie cała się wysuszyłam, odłożyłam mokry ręcznik na swe miejsce i założyłam bieliznę, a na to bluzkę Dylana, która sięgała mi aż do uda. 
   – Swoje ubrania wrzuć do kosza na pranie. – krzyknął Dylan zza drzwi. 
Wzruszyłam ramionami i zrobiłam co mi kazał. Odświeżona i pachnąca wyszłam z łazienki i ujrzałam go siedzącego na łóżku.
  – Jesteś pewnie bardzo zmęczona, więc zostawię cię już samą. –  podniósł się z delikatnym uśmiechem na twarzy.
   – Wolałabym, żebyś został tu ze mną, żebyśmy spali razem. – zatrzymałam go. 
Patrzył na mnie niewzruszony mymi słowami. 
   – Oczywiście nie musisz, jeśli nie chcesz. – szybko odparłam zażenowana. 
Uśmiechnął się łobuzersko pod nosem, podszedł do mnie i złożył czuły pocałunek na mym czole. 
   – Będzie to dla mnie zaszczyt. – zaśmiał się. 
Uradowana jego słowami, zatopiłam swe pełne pożądania usta w jego. Ostatecznie romantycznie i całkiem niewinne pocałunki zamieniły się w pełne namiętności. Następnie Dylan złapał mnie za uda, podniósł do góry, a ja zaplotłam swe nogi wokół jego talii. Szybko przeniósł swe dłonie na mą pupę. Z każdą chwilą mój temperament rósł. Chciałam coraz więcej i więcej. Chwilę później przenieśliśmy się na łóżko. 
   – Jesteś pewna, że tego chcesz? Nie chcę, żebyś robiła cokolwiek na siłę. – przerwał. 
  – Niczego innego na tym świecie nie jestem tak pewna jak tego, że chcę przeżyć z tobą mój pierwszy raz. Jestem na to gotowa. A ty? – zapytałam patrząc głęboko w jego oczy.
   – Tak, ja również. W takim razie zaraz przyjdę. – powiedziawszy to szybko pobiegł do łazienki.
Podekscytowana wzięłam kilka głębszych oddechów, po których wrócił Dylan. Położył się obok mnie pod kołdrę i poddenerwowany założył prezerwatywę. Naśladując go również schowałam się pod grubą pierzynę. Następnie Dylan oparł się rękoma nade mną i powróciliśmy do całowania. 
Kilka sekund później nie mieliśmy już na sobie koszulek. Czułym dotykiem dokładnie badaliśmy swe ciała. Tym razem mój chłopak wydawał się o wiele bardziej podniecający niż kiedykolwiek wcześniej. Jego zmysłowe dłonie przemierzające mą sylwetkę sprawiały mi przyjemność jakiej nigdy wcześniej nie zaznałam. W końcu Dylan ostrożnie zdjął swoją i moją bieliznę. Pomimo nagości nie czułam się niekomfortowo. Właściwie odnosiłam wrażenie jakby po raz setny widział mnie bez żadnych ubrań, a nie pierwszy. Czułam się szczęśliwa. 
Wtedy zwolniliśmy tempo, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy, a ja poczułam nagły ból połączony z przyjemnością. Wiedziałam, że to to. 

poniedziałek, 8 lutego 2016

3.Przyzwolenie na zabijanie.

Pomimo cały czas pocieszających mnie przyjaciół, nie byłam w stanie skupić się na nauce. Myślami wciąż byłam z tatą. Martwiłam się o niego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedziałam, że nie poradziłby sobie ze stratą Harriet, tak samo jak ja. Nie zniosłabym utraty kolejnej osoby z mojego powodu. Ledwo dźwigałam ciężar spowodowania śmierci własnej matki. 
Gdy po męczącym dniu w szkole wróciłam do domu, od razu sprawdziłam czy tata nadal śpi w łóżku. Uspokoiłam się widząc go pogrążonego w głębokim śnie. Poszłam więc do kuchni przygotować obiad. Chwilę później zjawiła się Maddie. 
   – Harriet się odzywała? – zapytała troskliwie.
Spojrzałam na nią i kiwnęłam przecząco głową. 
  – Chciałabym ci jakoś pomóc. Powiedzieć chociaż coś pocieszającego, ale sama myśl o łucznikach, a co dopiero o myśliwych mnie przeraża. – wzdrygnęła się.
Zaśmiałam się na jej słowa. Madeline nie należała do odważnych osób. Jednakże jej paniczny strach dodawał jej tylko uroku. Była niczym małe zagubione dziecko. Zawsze potrafiła mnie rozśmieszyć. Nawet gdy cała drżała ze strachu.
   – Zastanawiałaś się co zrobisz, gdy jedyną opcją będzie zabicie twojej siostry? 
W oka mgnieniu uśmiech z mej twarzy zniknął, a w zamian pojawił się szok.
   – Przepraszam. – zawstydziła się. – Nie powinnam była tego mówić. – spuściła wzrok na dół.
   – Nie pozwoliłabym na to. – odpowiedziałam po dłuższym zastanowieniu.
   – Wiesz, że nie wszystkich da się uratować. 
Westchnęłam głęboko.
   – Nie odpuszczam ludzi, których kocham.
   – Nawet, gdy walka jest bezsensowna? 
   – Zazwyczaj prowadzę same takie.
Dostrzegłam w jej oczach podziw, na który nie zasługiwałam.
   – Więc i teraz wygramy. – powiedziawszy to szeroko się uśmiechnęła i wyszła.

                                                                             ***
Gdy zrobiłam spaghetti, do kuchni wszedł zaspany tata.
   – Dobrze, że wstałeś. Zrobiłam nam obiad. – zaczęłam nakładać porcje na talerze.
   – Musimy jechać po Harriet. 
   – Najpierw musisz coś zjeść tato. – podałam mu ciepły posiłek.
Wiedział, że nie ulegnę, więc usiadł przy stole i zaczął jeść. W jego zamglonych oczach widziałam paniczny strach przed utratą córki. Był w stanie zrobić wszystko, aby tylko nie dopuścić do jej treningów. Czułam jego ogromną determinację.

Piętnaście minut później po skończonym posiłku, pojechaliśmy do Sylvii Minth. Całą drogę przebyliśmy w niezręcznej ciszy. Próbowałam ją wielokrotnie przerwać, lecz za każdym razem, gdy tylko otwierałam usta, brakowało mi słów.
   – Ja porozmawiam z Sylvią, a ty poszukaj Harriet. – powiedział po dotarciu na miejsce.
Wysiedliśmy z auta i ruszyliśmy zdecydowanym krokiem w stronę drzwi frontowych. Nie wiedząc czego się spodziewać delikatnie w nie zapukałam. Po krótkiej chwili otworzyła nam pani Minth.
   – Zapraszam do środka. – powiedziała z szerokim uśmiechem na twarzy.
Weszliśmy niepewnym krokiem i podążyliśmy za nią do salonu, w którym czekała na nas Harriet.
   – Harriet, kochanie. – uściskał ją uradowany tata.
   – Wiem po co przybyliście Blaze i myślę, że powinniśmy o tym porozmawiać. Proszę, usiądźcie. – zadowolona kobieta wskazała na białą kanapę i dwa fotele.
Spojrzałam na tatę, który kiwnął głową, abym spełniła prośbę gospodyni. 
  – Jak wiecie, aktualnie jestem jedynym myśliwym i to ja o wszystkim decyduję. Jednak skoro ukazali się nam nowi rekruci, moim obowiązkiem jest należycie ich przygotować do odpowiedniego sprawowania tej władzy. Cała trójka przyszła do mnie z własnej woli, więc zamierzam przekazać im wiedzę, którą posiadam i uważam, ze nierozsądnym byłoby sprzeciwianie się nieuniknionemu. – powiedziała opanowana. 
   – Nie zrobisz z mojej córki masowego mordercy. Nie zniszczysz jej tak jak zniszczono ciebie. – odparł zdenerwowany tata. 
    – Tato, ta decyzja należy do mnie i ja już ją podjęłam. Mam zamiar zająć miejsce mamy. – wstała wzburzona Harriet.
Przez cały czas dokładnie obserwowałam zachowanie Sylvii, która była pewna swojej wygranej. Jej nienaturalny spokój wzbudzał we mnie podejrzenia. Dostrzegłam jak bardzo moja siostra była podatna na każde jej słowo. 
   – Harriet, nie rozumiesz co to oznacza być myśliwym. 
   – Przekonam się. – powiedziała uparcie. 
   – Córciu, nie chce cię stracić.  – wyszeptał zrozpaczony.
Wtedy po jego policzkach zaczęły powoli spływać łzy. Mimo to, Harriet wciąż twardo pozostawała przy swej decyzji. Zdenerwowana jej postawą zacisnęłam pięści.
   – Uważam, że Harriet powinna mieszkać z wami. – wycedziła niewzruszona całą sytuacją Sylvia.
   – Co?! Nie będę z nią mieszkała pod jednym dachem. – wskazała na mnie palcem.
   – Rozumiem, że nadal musi się uczyć, więc będę ją trenowała w wolnym czasie.
Widziałam jak lekceważąco podchodzi do sprawy. Treningi na najlepszego mordercę traktowała jak niewinną zabawę. Tymczasem ja wraz z tatą próbowaliśmy uratować nie splamioną krwią innych duszę małej Harriet. Jednakże była ona nazbyt oczarowana siłą myśliwych, aby oprzeć się skosztowania jej. 
   – Dobrze. Niech tak będzie. – odparł tata.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Nie byłam pewna czy rzeczywiście wypowiedział te skazańcze słowa. Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego zgodził się na ten układ. Chciałam protestować, lecz nie mogłam wydusić z siebie żadnego dźwięku. Siedziałam więc z zamkniętymi ustami wpatrzona w Harriet, która starała się zrobić wszystko, aby tylko nie wrócić do domu. Wtedy wystarczyło tylko jedno krótkie spojrzenie pani Minth, aby od razu się uspokoiła. 
   – Cynthia, poczekaj na nas w aucie. – powiedział tata stanowczym głosem.
Nie zwlekając więc ani chwili dłużej, wyszłam z domu pewnym krokiem i stanęłam wściekła przed samochodem. Gniew ogarniał mnie całą. Z każdą kolejną sekundą traciłam nad sobą panowanie. 
Kilka minut później z budynku wyszli tata i Harriet.
   – Jak mogłeś się na to zgodzić?! Jak mogłeś pozwolić na to, żeby twoja córka została myśliwym?! – wrzasnęłam.
   – Cynthia, uspokój się. – zaczął do mnie powoli się zbliżać. 
Z każdym jego krokiem wprzód, ja dawałam jeden w tył. Szybko uświadomiłam sobie, że podobny gniew czułam podczas mojej pierwszej pełni. Był on na tyle silny, że zaczęłam się przemieniać.
   – Posłałeś ją na pewną śmierć. – powiedziawszy to uciekłam w przeciwnym kierunku.
Biegłam najszybciej jak tylko mogłam w stronę rodzinnego domu Maddie. Starałam się zapanować nad niechcianą przemianą, lecz było już za późno. Wyraźnie odczuwałam jak każda moja kość przybiera nowy kształt. Karmiłam się złudną nadzieją, że zdążę dobiec do celu przed zmianą w wilkołaka. Niestety już w połowie drogi nie wytrzymałam i poddałam się złości, która uczyniła mnie potężnym, kilkumetrowym potworem. Zawyłam donośnym głosem z żalu do ojca. Chwilę później usłyszałam odzew Maddie. Nie zważając na nią biegłam dalej przed siebie. 
W przeciągu kilku minut znalazłam się w jej domu. Niszczyłam go i zarazem raniłam swe ciało przemieszczając się w środku. 
   – Cynthia! – krzyknęła.
Zdyszana Madeline wbiegła do salonu, po czym zatrzymała się tuż przede mną.
   – Wróć do postaci człowieka i powiedz co się stało. 
Spojrzałam głęboko w jej oczy i rozwścieczona zawarczałam. Wzrastający w niej strach wzbudzał we mnie głód, który musiałam natychmiast zaspokoić. Chciałam poczuć jej ból, usłyszeć rozpaczliwy płacz, widzieć krwawiące ciało. 
   – Dlaczego się  nie zmieniasz? – zaczęła się powoli odsuwać.
Patrzyłam na nią jak na zwykłe pożywienie. Czekałam aż dostrzeże we mnie zagrożenie i zacznie uciekać, abym mogła ruszyć za nią w pogoń i na końcu rozszarpać przynosząc tym sobie ukojenie.
Wtedy nagle do domu wbiegł Dylan wraz z Malią. Na mój widok stanęli zdezorientowani obok Maddie.
   – Zrobiła ci coś? – zapytała Malia.
   – Nie. Dlaczego pytasz?
   – Jej oczy w połowie zaszły czernią. 
Po tych słowach cały mój gniew przeszedł i powróciłam do postaci człowieka. Zwinęłam się w kłębek, a tymczasem Malia zdjęła swą bluzę i okryła mnie nią.
   – Tata zgodził się na jej treningi. – wycedziłam ze łzami w oczach.
   – Pewnie ma jakiś plan. Powinnaś wrócić do domu. 
   – Wolałabym zostać tu jeszcze chwilę. Nie panuję nad sobą w pełni. I byłabym wdzięczna, gdybyście przyniosły mi jakieś ubrania.
   – Oczywiście. – powiedziawszy to wyszła razem z Maddie.
Wtedy podszedł do mnie zatroskany Dylan, usiadł naprzeciwko, delikatnie uniósł mą twarz do góry i spojrzał głęboko w me oczy. Niewiele myśląc, zatopił swe usta w moich. Pieścił je czule jak najdroższy skarb. W ciągu tej jednej chwili, zapomniałam o wszystkich wydarzeniach dzisiejszego dnia. Napawałam się słodkim smakiem jego warg. Zaczęłam jednak pragnąć więcej. Aksamitne pocałunki zamieniły się w namiętne i pełne pożądania. Gdy chciałam zdjąć z siebie bluzę, Dylan zatrzymał mnie i odsunął swe usta. 
   – Nie tutaj, Cynthia. – złożył słodki pocałunek na mym czole.
Spojrzałam na niego zawiedziona i westchnęłam.
   – Jak Malia przywiezie ci ubrania, to odwiozę cię do domu. 
   – A skąd wiesz ...
  – Widzę to. – przerwał mi. – W pełni nad wszystkim już panujesz. Chciałaś, aby ten szaleńczy gniew cię poniósł, dał ci poczucie władzy, ponieważ tracisz siostrę. 
Miał rację. Okłamywałam samą siebie tylko po to, żeby zaspokoić swoje egoistyczne pobudki. Mogłam przez to zabić Maddie. Powinnam była zaufać ojcu.
Poczucie winy z każdą sekundą było coraz większe. Dusiłam je w sobie, chociaż dokładnie wiedziałam, że pewnego dnia wybuchnie i nikt nie będzie mógł go już okiełznać. 

sobota, 6 lutego 2016

2.Troska.

Nagle znalazłam się w dużym, pustym pomieszczeniu. Przed sobą zauważyłam zarys drobnej postaci. Powoli zaczęłam się zbliżać w jej kierunku próbując dostrzec kto to. Jednakże zanim zdążyłam podejść wystarczająco blisko, nieznajomy zaczął biec w moją stronę. Zdezorientowana zatrzymałam się. Chwilę później z cienia wyłoniła się Harriet z łukiem i strzałą wymierzoną w moją stronę. Zdziwiona spojrzałam na jej rozpromienioną twarz, która tętniła życiem. Jej oczy błyszczały z podniecenia i ekscytacji. W końcu wypuściła strzałę, która przebiła mój brzuch i odetchnęła z ulgą. 
   – Od tak dawna chciałam to zrobić. – powiedziała z szerokim uśmiechem na twarzy. 
   – Dlaczego?
  – Niszczysz całe moje życie, Cynthia. – wyjęła kolejną strzałę z kołczanu. – Pozwól więc, że zakończę swoją udrękę. – powiedziawszy to zaczęła wystrzeliwać we mnie kolejno strzały.
Oniemiałam. Wszystko krzyczało, żebym uciekała, ratowała się, lecz moje ciało ani drgnęło. Zszokowana całą sytuacją zesztywniałam. Czułam jak ostre groty przeszywają mnie, a krew tryska z mych ust. Dławiąc się nią upadłam na ziemię. Mimo to, nadal nie żałowałam swych wcześniejszych decyzji.
Wtedy obudziłam się ze łzami w oczach. Wystraszona usiadłam i otarłam je. Po kilku sekundach zorientowałam się iż był to tylko koszmar. Jednakże jego realizm sprawił, że moje ręce nadal drżały. Zaczęłam powoli i głęboko oddychać, aż się uspokoiłam. 
Przez następną godzinę pozostałam w łóżku rozmyślając o siostrze. Obawiałam się, że pewnego dnia, dzisiejszy koszmar stanie się rzeczywistością. Musiałam zrobić wszystko, aby Harriet przestała traktować mnie jak swojego wroga. Martwił mnie fakt, iż przy podejmowaniu decyzji, kierowała się ona emocjami, a nie rozsądkiem. Szybko mogła doprowadzić do własnej zguby. 
Chwilę później do pokoju weszła zaspana Malia i usiadła obok mnie na łóżku.
   – Jak się czujesz? – zapytała przecierając oczy.
   – Podle. Zawiodłam jako starsza siostra, 
  – Wcale nie. Zrobiłaś tylko to co uważałaś za słuszne. Nie ma w tym nic złego. – powiedziała pocieszająco.
Chciałam wierzyć w jej słowa, lecz nie potrafiłam. Chciałam tylko być jak najbliżej mojej młodszej siostry i czuwać nad nią, aby nikt nigdy nie mógł jej skrzywdzić. 
   – Jak ja o tym powiem tacie? Już jedną osobę przeze mnie stracił. – spuściłam wzrok na dół.
   – To co stało się twojej mamie, to nie twoja wina. - położyła dłoń na mym barku.
Spojrzałam na nią i delikatnie uśmiechnęłam. Nie tracąc więcej czasu na zadręczanie się, wstałam, wzięłam czyste ubrania z bielizną i poszłam do łazienki się przyszykować.
Gdy po około trzydziestu minutach wyszłam gotowa, ujrzałam czekającego na mnie Leo.
   – Co ty tu robisz? – zapytałam obojętnie.
   – Przyszedłem z tobą porozmawiać.
   – Nie powinieneś.
Spojrzał na mnie poirytowany.
   – Chcę wiedzieć co zamierzasz zrobić w związku z Harriet.
   – Na razie muszę pogadać o tym z tatą.
   – Cynthia, nie ma czasu na jakieś pogaduszki. – podniósł ton swego głosu.
Ignorując go, zaczęłam pakować zeszyty do plecaka.
   – Właśnie teraz ostatni myśliwy trenuje twoją siostrę.
Na tę wiadomość serce zabiło mi szybciej, a złość wzrosła. Wzięłam więc kilka głębokich oddechów i opanowałam swoje emocje.
   – W tym momencie nie jestem w stanie nic zrobić. – odpowiedziałam zakładając plecak.
  – Czy ty nie rozumiesz powagi tej sytuacji?! Ona jest szkolona na najlepszego mordercę istot nadnaturalnych, a ty idziesz sobie tak po prostu do szkoły?! Zrób coś! W końcu jesteś alfą. – wrzeszczał.
    – Myślisz, że mi to odpowiada?! –  nie wytrzymałam. – Myślisz, że chcę patrzeć jak moja siostra z zimną krwią morduje innych?! Zrobię wszystko, żeby tylko nie została bezlitosnym potworem, ale nie mogę jej do niczego zmusić. – powiedziawszy to wyszłam z pokoju i zeszłam na dół.
Tuż za mną powędrował niezadowolony przebiegiem rozmowy Leo. Z ponurą miną opuścił mój dom. Wiedziałam, że miał rację i powinnam działać, jednakże wiedziałam również, że jeśli nie dopuszczę do "nauki" Harriet, to tylko wszystko pogorszę.
   – Znowu impas. – usłyszałam za plecami Malię.
   – Ta. – zdenerwowana założyłam buty.
Gdy gotowe chciałyśmy wyjść, do środka wszedł tata.
  – Poczekam na ciebie na zewnątrz. – posłała mi jeden z jej ciepłych uśmiechów. – Dzień dobry panie Affleck. – skierowała się do mojego ojca.
   – Dzień dobry Malia. – odpowiedział pogodnie. – Hej słońce. Czemu masz taką smutną buźkę? – zwrócił się do mnie.
Spojrzałam na jego zmęczoną twarz i posmutniałam jeszcze bardziej. Nie byłam pewna czy powiedzieć mu to teraz, a tym bardziej jak powinnam zacząć. Stałam więc nieruchomo próbując wykrztusić z siebie choćby jedno słowo.
   – Wszystko w porządku? – zapytał zmartwiony.
   – Muszę ci o czymś powiedzieć. – westchnęłam.
   – Zgaduję, że nie spodoba mi się to.
Po streszczeniu ostatnich wydarzeń, twarz taty pobladła. Zerknął na schody starając się poukładać sobie wszystko w głowie. Jego przeszklone oczy powstrzymywały się od uronienia łez. Patrząc na niego, czułam jak bardzo go zawiodłam.
   – Tato?
   – W porządku. Ty pójdziesz do szkoły, a ja pojadę porozmawiać z Sylvią. – powiedział załamany.
   – Powinieneś teraz odpocząć. Ciężko pracowałeś całą noc.
Zagubiony zaczął rozglądać się panicznie po domu. Widziałam strach w jego oczach, który wprowadzał go w obłęd.
   – Tato! – krzyknęłam. – Połóż się spać. W takim stanie nic nie zdziałasz.
Kiwnął lekko głową. Odprowadziłam więc go powoli do sypialni. Siedziałam przy nim około dziesięć minut, po których zasnął. Obserwując go miałam łzy w oczach. Obawiałam się, że moja wiedza o myśliwych, to dopiero namiastka przerażającej prawdy. Natomiast strach mojego ojca świadczył o tym, że wiedział o nich niemalże wszystko. Nie byłam tylko pewna jak dużo zamierzał mi powiedzieć.
Gdy miałam już pewność, że jest pogrążony w głębokim śnie, wyszłam po cichu z domu i udałam się do auta, przy którym stała zniecierpliwiona Malia.
   – Jak to przyjął? – zapytała troskliwie.
   – Lepiej niż myślałam. – powiedziawszy to obydwie wsiadłyśmy do samochodu.
Następnie rzuciłam plecak na tylne siedzenie, zapięłam pasy, odpaliłam silnik i ruszyłam w stronę szkoły. Jadąc myślałam tylko i wyłącznie o tacie i Harriet. Przed oczami wciąż miałam widok jego pogubionego wzroku, przez który nie mogłam się na niczym innym skupić.
   – Nie powinnam zostawiać go samego. – wymamrotałam.
   – Twój tata jest dorosły, poradzi sobie. A ty nie możesz znowu zawalić szkoły.
   – Wiem. – westchnęłam.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

1.Ujawniona prawda

Gdy trzy godziny później weszłam do domu, od razu wyczułam panujący w nim gniew.
   - Harriet? - krzyknęłam, lecz nie usłyszałam żadnego odzewu.
W całym domu panowała niepokojąca cisza. Zmartwiona wyciągnęłam telefon z kieszeni i zadzwoniłam do siostry. Wtedy usłyszałam wibracje w pokoju rodziców. Zdziwiona pewnym krokiem ruszyłam przed siebie. Po otworzeniu drzwi ujrzałam Harriet siedzącą na łóżku z otwartym pudełkiem mamy przed nią. Widziałam jak wściekła zgniata kartkę papieru.
   - Wiedziałaś o tym?
   - Harriet, ja ...
   - Zapytałam się czy wiedziałaś ! - przerwała mi.
Widząc iż jestem w sytuacji bez wyjścia, podeszłam do niej i zabrałam pudełko.
   - Miałam zamiar powiedzieć ci tuż po twoich urodzinach.
   - Dlaczego nie wcześniej? - zapytała pretensjonalnie.
   - Chciałam cię chronić. Gdy to znalazłam w naszym życiu działo się zbyt wiele. Nie chciałam dokładać ci dodatkowych problemów.
Czułam narastający w niej gniew.
   - Jak mogłaś to przede mną zataić?! Obiecałyśmy sobie, że nie będzie już więcej żadnych tajemnic, żadnych kłamstw, pamiętasz?!
   - Tak...
   - To nie była tylko twoja mama Cynthia! A te pudełko zostawiła dla mnie i nie miałaś żadnego prawa ukrywać go przede mną. Nie miałaś prawa odbierać mi mamy po raz drugi. - powiedziawszy to wybiegła z pokoju wyrywając mi pudełko z rąk.
Wiedziałam iż nadal winiła mnie za śmierć mamy, jednakże nie przypuszczałam, że aż w takim stopniu. Bałam się, że może zrobić coś głupiego pod wpływem emocji, jednakże mimo to nie pobiegłam za nią. Doskonale wiedziałam, że jestem ostatnią osobą, której by posłuchała.
Nie zwlekając ani chwili dłużej zadzwoniłam do Leo.
   - Musisz natychmiast znaleźć Harriet i pogadać z nią. Tylko nie pozwól jej zrobić nic głupiego. - powiedziawszy to rozłączyłam się.
Wściekła na samą siebie wyszłam z sypialni rodziców i zaczęłam krążyć po salonie nie wiedząc co ze sobą zrobić. Martwiłam się o siostrę. Martwiłam się o to co zamierza zrobić. Jednakże najbardziej obawiałam się, że odepchnie mnie od siebie. Nie chciałam jej stracić. Jedyne co mogłam na razie robić to odpychać od niej wszelkie zagrożenie, którym również był Leo. Żywił się cierpieniem innych. Nie mogłam dopuścić, aby zrobił to Harriet, aby ją w ten sposób zniszczył. Musiał nauczyć się kontroli nad głodem.
Około godzinę później do domu wbiegł wściekły Leo i pchnął mnie na ścianę.
   - Ukrywałaś przed nią, że jest myśliwym?!  - wrzasnął ściskając mnie za gardło.
Zdenerwowana odrzuciłam go jednym kopnięciem, po czym przygniotłam do ziemi.
   - Czy ty w ogóle masz pojęcie co oznacza bycie myśliwym?! Od teraz Harriet będzie decydować kto zginie a kto przeżyje. I sama będzie zabijać takich jak my! Wszystkie istoty nadnaturalne!
   - Boisz się, że zabije ciebie?
   - Boję się, że moja siostra zostanie bezlitosnym mordercą. A ty masz trzymać się od niej z dala. - powiedziawszy to puściłam go.
Dostrzegłam ogromne zdziwienie w jego oczach.
   - Harriet nikogo nie zabije. Poza tym nie zostawię jej teraz samej. - powiedział stanowczo.
   - Czy ty niczego nie rozumiesz? Leo, jesteś demonem! Żywisz się cierpieniem innych. Niszczysz ludzi dla zabawy i nie potrafisz kontrolować tej żądzy. Nie pozwolę, abyś przez swoją nieostrożność zabił moją siostrę.
   - Nigdy w życiu bym tego nie zrobił! Nie jej!
Słyszałam desperację w jego głosie. Nie chciał zostawiać Harriet, jednakże wiedział, że jest to konieczne.
   - Leo, bardzo dobrze znam głód, który odczuwasz i wiem, że prędzej czy później w końcu mu się poddasz. Zostaw na razie Harriet i poproś swoją mamę o pomoc. Nauczy cię jak nad tym panować.
   - Ty możesz to zrobić. Przecież zabiłaś swojego demona. - nie ustępował.
   - Nie zabiłam go tylko ujarzmiłam. Nauczyłam się kontrolować go na tyle, aby nie mógł zawładnąć nade mną. Natomiast nie panuję nad jego głodem. Tylko twoja mama może ci pomóc.
Spojrzał na mnie zawiedziony, po czym wyszedł. Po tej rozmowie wiedziałam, że Harriet będzie na mnie jeszcze bardziej wściekła.
Ostatecznie zdenerwowana wydarzeniami całego dnia poszłam do łazienki, aby wziąć długi prysznic i odprężyć się. Gorąca woda spływająca po mym ciele było błogim ukojeniem zmywającym ze mnie cały stres. Napawałam się chwilowym spokojem dopóki mogłam. Myjąc się nie myślałam o niczym innym niż tylko o przyjemnym cieple otulającym całe moje zmęczone ciało.
Gdy wyszłam spod prysznica i ubrałam się tuż po osuszeniu, usłyszałam głośne trzaśnięcie drzwiami. Byłam pewna, że to wróciła wściekła Harriet. Zdecydowanym krokiem ruszyłam więc na dół. Tak jak się tego spodziewałam, ujrzałam tam moją siostrę z zaciśniętymi pięściami i całą zalaną łzami.
   - Coś ty mu powiedziała?!
   - Uspokój się. Usiądźmy i porozmawiajmy.
   - Odbierasz mi wszystkich, których kocham, ale koniec już z tym. Od teraz jestem myśliwym, i jeśli ty lub ktoś z twojego stada wejdzie mi w drogę, to zabiję bez zastanowienia. - powiedziawszy to weszła po schodach na górę.
Zszokowana tymi słowami zamilkłam. Wiedziałam, że były one wypowiedziane pod wpływem emocji, jednakże wiedziałam również do czego mogą one doprowadzić. Kierowana nimi Harriet była w stanie zrobić wszystko.
Około piętnaście minut później zbiegła z wypchaną torbą w ręce.
   - Co ty robisz? - zapytałam zdziwiona.
   - Wyprowadzam się. Nie mam zamiaru więcej znosić twojej obecności w moim życiu.
   - Nie możesz tego zrobić. - złapałam ją za rękę.
Szybko wyrwała się z mojego uścisku, po czym uderzyła mnie pięścią w twarz i wybiegła z domu.
Otumaniona stałam ślepo wpatrzona w drzwi. Nie mogłam uwierzyć w to co się właśnie wydarzyło. Nie sądziłam, że moja młodsza siostra będzie w stanie zrobić coś takiego. Chciałam za nią wybiec i zatrzymać ją, lecz moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Nie potrafiłam wykonać jakiegokolwiek ruchu. Ledwo łapałam oddech. Próbowałam zrozumieć całą sytuację, lecz mętlik w mej głowie uniemożliwiał mi rozsądne myślenie. Zaczęłam więc zastanawiać się dokąd Harriet ma zamiar uciec. Tym razem nie mogła zatrzymać się u Leo. Pozostawała jedynie jej przyjaciółka Meg.
Z rozmyśleń wyrwał mnie dzwoniący telefon. Rozproszona nie patrząc kto to, odebrałam.
   - Hej Cynthia. Chciałabyś przyjść do mnie na noc? Urządziłybyśmy sobie babski wieczór. - powiedziała łagodnym głosem Malia.
   - To nie jest najlepszy moment. - powiedziałam oschle.
   - Zaraz u ciebie będę. - powiedziawszy to rozłączyła się.
Zdenerwowana schowałam telefon do kieszeni i usiadłam w salonie na kanapie.

***
Trzydzieści minut później do domu weszła Malia.
   - Co się stało? 
   - Harriet została myśliwym. Dowiedziała się o wszystkim i z mojego powodu Leo z nią zerwał. Spakowała swoje rzeczy i wyszła. - odpowiedziałam ponuro.
   - Wróci. Jestem tego pewna. - uśmiechnęła się do mnie. - Co na to twój tata?
   - O niczym jeszcze nie wie. Ma dzisiaj nocną zmianę i wróci dopiero rano.
Nagle zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób mu to powiem. Nie chciałam go dobijać takimi informacjami. Szczególnie teraz, gdy cały czas pracował i wracał skonany do domu.
   - Mogę z tobą zostać i pomyśleć co zrobić z Harriet.
   - Dam sobie radę.
   - Wiem, ale nie chcę, żebyś borykała się z tym sama. - powiedziawszy to usiadła obok mnie.
Uśmiechnęłam się do niej w podzięce. Malia była dla mnie jak druga siostra, która zawsze wiedziała co robić lub jak się zachować. Przy podejmowaniu wszelkich decyzji była pewna siebie. Zazdrościłam jej tego. Ja kierowałam się intuicją, która nie zawsze podpowiadała mi dobrze.
   - Masz może jakiś pomysł gdzie Harriet mogłaby przenocować?
   - Pewnie poszła do swojej najlepszej przyjaciółki Meg.
   - Zatem niech tam zostanie parę dni.
Spojrzałam na nią wzburzona.
   - Harriet musi ochłonąć. I jestem pewna, że póki co nie wróci do domu. Obydwie musicie przemyśleć tą sytuację. Tak będzie najlepiej. Tylko daj jej czas, Cynthia. A teraz idź odpocznij.
Słuchając Malii, wiedziałam, że ma rację. Jednakże mimo to nie chciałam zostawiać mojej siostry samej.
   - Możesz spać ze mną lub w pokoju Maddie.
   - Prześpię się u Maddie.
   - W takim razie idź umyj się na górę, a ja zaraz przyniosę ci ubrania do spania. 

poniedziałek, 28 grudnia 2015

PROLOG

Księżyc. Piękno, którego nie dostrzegałam. Nie przyglądałam się jemu chociaż powinnam. Postrzegałam je jako pułapkę, która co miesiąc więziła mnie w swych sidłach. Nienawidziłam go za to jakiego potwora ze mnie czynił. Czułam się jak jego niewolnik. A tymczasem adorował mnie. Powoli ukazywał swą prawdziwą powłokę, którą dostrzegłam dopiero teraz. Podczas każdej pełni siedzę na swym łóżku i studiuję jego odcienie bieli i szarości. Zauroczona jego wdziękiem, uśmiecham się delikatnie pod nosem. Przez swoje barwy wydaje się jakby przynosił jedynie znienawidzony chłód. Tymczasem jest on cieplejszy niż słońce. Daje mi poczucie bezpieczeństwa, gdy swym blaskiem rozświetla ciemne i mroczne niebo. Przynosi upragnioną ulgę, a ja wyję wyznając mu miłość. Natomiast czym ona jest? Co oznacza? Jedna wielka niewiadoma, która czekała na swe odkrycie. 
W końcu księżyc zamieniał się swym miejscem ze słońcem i kolejna pełnia minęła spokojnie.
   - Powinnyśmy już wracać do domu. - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
   - Chciałabym, aby pełnie znowu płynęły tak wolno jak kiedyś.
   - Daj spokój Maddie. Jestem wyczerpana tym bieganiem po mieście. - powiedziała zdyszana Malia.
Wraz z Maddie spojrzałyśmy się na Malię i zaśmiałyśmy się. Chwilę później pobiegłyśmy do swoich domów się odświeżyć.

***
Po szybkim prysznicu i wysuszeniu, założyłam czystą bieliznę, jasne, dżinsowe rurki z lekkimi przetarciami, luźną, bordową bokserkę, biały sweter oraz białe trampki przed kostkę. Następnie zrobiłam delikatny makijaż i uczesałam włosy w koka. Później wyszłam z łazienki, złapałam swój plecak, wpakowałam do niego kilka książek z zeszytami i czym prędzej zbiegłam na dół do kuchni. Ujrzałam tam Harriet przygotowującą śniadanie. Stanęłam wpatrzona w nią z uśmiechem na twarzy. 
   - Dobrze, że już jesteś. - spojrzała się na mnie pogodnie. - Wszystko w porządku?
   - Tak. Tylko, gdy tak na ciebie patrzę to widzę jak bardzo jesteś podobna do mamy.
   - Chyba wiele po niej odziedziczyłam.
   - Więcej niż myślisz. - powiedziawszy to usiadłam do stołu.

***
Po zjedzonym śniadaniu obydwie wyszłyśmy z domu i pojechałyśmy samochodem do szkoły.
   - Cynthia, dzisiaj wrócę później do domu, więc nie czekaj na mnie z obiadem. 
   - Czemu? - zapytałam zdziwiona.
   - Idę z Leo na mały spacer. - powiedziawszy to weszłyśmy do budynku.
Niezadowolona i z małym grymasem na twarzy podeszłam do swojej szafki. Nagle poczułam silne ramiona obejmujące mnie od tyłu i czuły pocałunek na policzku.
   - Jaki Romeo. - odwróciłam się na pięcie i pocałowałam Dylana w usta.
   - Ktoś w tym związku musi być czuły.
Warknęłam złośliwe i oboje się zaśmieliśmy, po czym ruszyliśmy w stronę klasy.
   - A jak Harriet zareagowała na tą całą wiadomość o dziedzictwie?
Nie mówiąc nic zignorowałam pytanie.
   - Jeszcze jej nie powiedziałaś? Cynthia, musisz to w końcu zrobić.
   - Dylan, przekazanie wieści własnej siostrze, że ma zostać masowym mordercą istot nadnaturalnych jak nasza matka nie jest wcale takie łatwe jakby mogło się wydawać. - odpowiedziałam z sarkazmem. 
   - Wiesz, że jeśli nie ty to Oliver to zrobi. A jestem całkiem pewny, że o wiele lepiej będzie, gdy Harriet usłyszy to od ciebie, a nie od niego.
Zdenerwowana weszłam do sali i usiadłam w swojej ławce, a tuż za mną Dylan.
   - Jutro są jej urodziny i nie chcę jej ich psuć, więc pozwól, że przekażę jej te całe pudełko mamy pojutrze. - odwróciłam się do niego.
   - W porządku, ale wiedz, że im dłużej będziesz to przed nią ukrywała tym będzie coraz gorzej.

   - Wiem. - powiedziawszy to odwróciłam się w stronę tablicy i wypakowałam książkę wraz z zeszytem od historii.

***
Tuż po zakończeniu wszystkich lekcji poszłam na parking do swojego samochodu, przy którym stała zniecierpliwiona Vicky. Zdziwiona jej widokiem, zwolniłam tempo.
   - Czego chcesz? - zapytałam otwierając drzwi od strony kierowcy.
   - Stęskniłam się za groźnym pieskiem. - odparła z uśmiechem na twarzy, 
   - Nie potrzebuję druida, Mam już swojego, ale dzięki za troskę. 
Dostrzegłam szok w jej oczach.
   - Jestem alfą. Wyczuwam to. - puściłam do niej oczko.
   - Ty masz druida, ale Maddie nie.
Spojrzałam na nią zaintrygowana.
   - Ja i Maddie jesteśmy połączone.
   - Nie mam na to czasu, - powiedziawszy to wsiadłam do auta i czym prędzej odjechałam.
Podczas jazdy zastanawiałam się nad słowami Vicky. Wiele pytań kłębiło się w mojej głowie. Osobą, która najwięcej wiedziała o druidach był mój tata. Zmierzając do domu miałam nadzieję, że go tam zastanę.
Dwadzieścia minut później dotarłam na miejsce. Nie zwlekając dłużej, wbiegłam do środka.
   - Tato! - krzyknęłam.
   - Oh, witaj słoneczko. - uśmiechnął się do mnie pogodnie szykując się do wyjścia.
   - Tato musimy koniecznie porozmawiać.
   - Dobrze. Zrobimy to wieczorem jak tylko wrócę z pracy. Teraz się strasznie śpieszę.
Stanęłam tuż przed drzwiami blokując mu wyjście.
   - To jest naprawdę ważne. Chodzi o Vicky i Maddie.
Spojrzał na mnie poirytowany.
   - Tylko streszczaj się.
   - Vicky od niedawna jest druidem i dzisiaj powiedziała mi, że jest połączona z Madeline. Co to oznacza?
   - To, że Vicky dołączy do twojego stada. Gdy ktoś zostanie druidem, od razu wyczuwa wilkołaka, którego ma strzec i któremu ma pomagać. Dwie, bardzo często zupełnie obce sobie osoby zostają połączone więzią, którą może zerwać tylko śmierć. Wiem, że twoje relacje z Vicky są skomplikowane, ale musisz ją dopuścić do Maddie. Wilkołak przeżyje bez druida, ale druid bez wilkołaka nie. Zostanie ona zabita przez myśliwych, ponieważ moc, którą posiada może wykorzystać do siania chaosu, lecz nie, gdy jest sprzymierzona z wilkołakiem. Czy teraz mogę już pójść do pracy?
Zszokowana dawką nowych informacji poszłam do salonu i usiadłam na kanapie. Ślepo wpatrzona przed siebie powtarzałam w głowie słowa taty. Nie chciałam dopuścić myśli, że Vicky wejdzie do naszego stada. Jednakże wiedziałam również, że nie ma innego wyjścia. 
   - Cynthia! 
Z rozmyślań wyrwał mnie nagły krzyk Malii. Spojrzałam na nią rozkojarzona.
   - Wołam cię od kilku minut, a ty w ogóle nie reagujesz. Co się stało? - usiadła obok mnie. 
   - Właśnie dowiedziałam się, że Vicky jest druidem Maddie.
   - Co? Jak to? 
Wzięłam głęboki wdech, aby się uspokoić.
   - Albo dołączy do naszego stada albo Sylvia Minth zabije ją.
   - Co zamierzasz teraz zrobić?
   - Powiedzieć o wszystkim Maddie.
   - Ale wtedy ...
   - Tak, wiem. - przerwałam jej.
Wiedziałam, że będę musiała ujawnić Madeline całą prawdę, która nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego. Nie zwlekając ani chwili dłużej, zadzwoniłam po nią. W międzyczasie próbowałam się przygotować do ciężkiej rozmowy, jednakże byłam tylko coraz bardziej zestresowana. 
Po dłuższym czasie do domu wbiegła zdenerwowana Madeline. 
   - O co chodzi? - zapytała zdyszana.
   - Muszę ci o czymś powiedzieć.
Weszła zmieszana do salonu i usiadła naprzeciwko mnie w fotelu. 
   - Nie jestem pewna czy wiesz, lecz każdy wilkołak ma swojego druida, czyli osobę o nadnaturalnych zdolnościach, która czerpie swoją siłę z natury. Druidzi chronią nas i pomagają nam. Łączy nas specjalna więź, która może zostać przerwana tylko i wyłącznie poprzez śmierć. Moim druidem jest mój tata ...
   - A co z moim? - przerwała mi.
   - Odnalazłam go, a raczej on ciebie. Jest nim Vicky Ross.
Nagle na twarzy dziewczyny pojawił się grymas niezadowolenia. 
   - Żartujesz? Moim druidem jest najwredniejsza osoba w szkole?
   - Nie musisz się na to zgadzać, lecz wtedy zabiją ją myśliwi, aby nie mogła doprowadzić do chaosu. 
Dostrzegłam jak Maddie zaczęła zaciskać pięści ze zdenerwowania. Czułam narastający w niej gniew.
   - Myślę, że powinnaś wiedzieć o czymś jeszcze. Ja i Vicky byłyśmy kiedyś przyjaciółkami. Wszystko układało się dobrze do dnia moich dziewiątych urodzin. Wraz z Harriet i Vicky biegałyśmy po parku Crofton i łapałyśmy motyle. Był jeden przepiękny motyl ze skrzydełkami o niebieskich barwach. Usiadł na palcu Vicky, a ona była nim zachwycona. Wtedy podbiegła Harriet i złapała go do słoika. Niestety zabiła go przekręcając wieczko zanim zdążył wlecieć do środka. Vicky była wściekła i jednym tupnięciem sprawiła, że ziemia się zatrzęsła i zaczęła wciągać moją siostrę. Krzyczałam, aby przestała, ale nie potrafiła. Chwilę później przybiegli nasi ojcowie i wszystko zatrzymali. Uśpili w niej tą moc, która niedawno się uaktywniła. Od tamtego dnia przestałyśmy się przyjaźnić. Nie potrafiłam jej wybaczyć tego co zrobiła. Właściwie to nadal nie potrafię...
   - Cynthia, ja nie mogę jej tak po prostu przyjąć. Nie po tym wszystkim.
   - Teraz jej życie zależy od ciebie.
Widziałam w jej oczach strach przed nowym druidem. Obawiała się jak to na nas wpłynie, a szczególnie na mnie. Jednakże mimo to wiedziała jaką decyzję musi podjąć.
   - W porządku.
   - Spotkajmy się wszyscy w twoim starym domu za piętnaście minut. Wraz z Malią zwołajcie ich, a ja pójdę po Vicky. - powiedziawszy to wyszłyśmy.
Idąc do domu obok zamieszkałego przez Vicky, starałam się być spokojna. Stanęłam przed drzwiami wejściowymi i delikatnie w nie zapukałam. Otworzył je jej tata, który wiedział po co przyszłam, więc od razu zawołał córkę. Chwilę później ujrzałam ją gotową do wyjścia z uśmiechem na twarzy. Nie zwlekając ani chwili dłużej, ruszyłam w stronę samochodu, a tuż za mną Vicky.
   - Wiedziałam, że przyjdziesz. Ktoś tak dobry jak ty nie pozwoliłby mi umrzeć.
   - Podziękuj Maddie.
Piętnaście minut później byłyśmy w ustalonym miejscu. Gdy weszłyśmy do środka wszyscy czekali już w salonie zniecierpliwieni. 
   - Nie przedłużając, mam wam do przekazania ważną wiadomość, a mianowicie to Vicky dołącza do naszego stada. Od dzisiaj jest jedną z nas, a tak właściwie to jest druidem Maddie. Gdybym jej nie przyjęła, to zabiłaby ją Sylvia Minth.
   - Nie miałbym nic przeciwko gdyby ją zabiła! - krzyknął Thomas.
   - Ta decyzja nie podlega zmianie. - powiedziałam wściekła.
W pomieszczeniu zapadła grobowa cisza, a wszystkie wrogie spojrzenia były skierowane na Vicky. Na wielu twarzach była wypisana żądza mordu.
   - Mam nadzieję, że obronisz mnie przed nimi. - wyszeptała mi do ucha przestraszona dziewczyna.
   - Na to nie licz. - odpowiedziałam z pogardą. - Myślę, że Maddie i Vicky powinny zostać same. - powiedziawszy to poszłam na górę, a za mną cała reszta. 
   - Słuchajcie, mi również się to nie podoba, ale nie możemy nic na to poradzić.
   - Głosy nie mówią o niej nic pozytywnego. - powiedział Willy.
   - Wyczuwam od niej mroczną aurę Cynthia.
Spojrzałam na Malię zdesperowanym wzrokiem. Miałam nadzieję, że chociaż ona mnie poprze. Wiedziałam, że moi przyjaciele nie przyjmą tej wiadomości z entuzjazmem, jednakże nie sądziłam, że będą chcieli wydać ją na pewną śmierć. Widziałam jak wielką nienawiścią do niej pałali. Jednakże dopóki była sprzysiężona z Maddie, miałam pewność, że nam nie zagraża.
   - Nie możemy jej wykluczyć. Jest w naszym stadzie, ale nie musimy jej lubić. I co prawda na razie nie jest dla nas zagrożeniem, ale dla pewności miejmy ją na oku. - powiedziałam łagodnie.
   - Nie potrzebujemy jej tutaj. - protestował Thomas.
Poirytowana jego zachowaniem, odciągnęłam go delikatnie na bok.
   - Kochasz Maddie, prawda?
   - Tak, ale co to ma wspólnego z Vicky?
   - Vicky jest jej druidem, czyli musi ją ochraniać. Jeśli dzięki niej twoja dziewczyna będzie bezpieczniejsza, to nie powinieneś mieć żadnych sprzeciwów, aby do nas dołączyła.
Zdenerwowany niewygodną sytuacją, spuścił wzrok na dół co oznaczało, że przystał na tą decyzję. Poklepałam go po ramieniu w akcie zrozumienia i odeszłam do Dylana.